Księga Gości-przeglądanie

 

                                         Indeks nazwisk i osób                                                Powrót do strony głównej

Żołyniacy na Kresach Wschodnich RP. Osadnicy z Fedorowiczówki.

Magdalena Kątnik-Kowalska na podstawie relacji pani Stanisławy Pindary z d. Czaplińskiej.

Na początku lat 20-tych ubiegłego wieku parcelował swój majątek na Podolu w woj. Tarnopol hrabia Fedorowicz. Ziemię z jego folwarku zakupiło wiele osób z naszego regionu, w tym także niektórzy Żołyniach.

Jan Naróg z Żołyni Górnej kupił 20 morgów gruntu w wiosce Cernichowce pow. Zbaraż dla swojego syna Antoniego. Na nabytej ziemi osadnicy założyli nową kolonię, którą od nazwiska hrabiego nazwano Fedorowiczówką. Okolica była piękna, teren górzysty, w górnych partiach pola uprawne, niżej łąki, dołem płynęła rzeka Gniezna.

Przybysze budowali najpierw ziemianki i w nich zamieszkiwali, później brali kredyty, gromadzili materiały budowlane i własnymi siłami wznosili domy i budynki gospodarcze, najczęściej z powszechnie dostępnego kamienia, rzadziej z gliny zmieszanej ze słomą.

Gdy Antoni Naróg osiedlił się z rodziną w Fedorowiczówce, często odwiedzała go siostra Aniela, by pomóc mu w prowadzeniu gospodarstwa. Na Kresach poznała przyszłego męża Michała Czaplińskiego. Po ślubie, który brali w klasztorze OO. Bernardynów w Zbarażu, zamieszkali w domu teściów w Czernichowach.

Ponieważ Aniela została na Kresach, ojciec zakupił dla niej w Fedorowiczówce 12 morgów gruntu (9 morgów pola i 3 morgi łąki).

Na tej parceli Czaplińscy wybudowali przylegającą do ściany góry ziemiankę i zamieszkali w niej po opuszczeniu przeludnionego domu teściów. Tu przyszła na świat w 1928 roku ich córka Stanisława. Dwaj urodzeni wcześniej synowie zmarli w wieku niemowlęcym. W prowizorycznej ziemiance rodzina Czaplińskich przeżyła 9 lat, potem przeprowadziła się do nowego domu. Kosztował ich wiele pracy i wyrzeczeń, ale był solidnie zbudowany, z gliny zmieszanej ze słomą, pokryty blachą. Za pieniądze z kredytu wzniesione zostały budynki gospodarcze, bowiem Czaplińscy hodowali krowy, świnie, mieli własnego konia. Bardzo urodzajna ziemia dawała wysokie plony (uprawiano głównie pszenicę), gospodarstwo przynosiło dochód. Do prac polowych wynajmowano Ukraińców (z 5 zżętych podczas żniw snopów jeden przeznaczony był dla nich jako wynagrodzenie za pracę).

Tak było do czasów wojny. Po jej wybuchu Ukraińcy wrogo nastawieni do Polaków odbywali narady, podczas których obmyślali plany pozbycia się osadników i odebrania ich majątków.

Nie bardzo wiedzieli, co zrobić z rodziną Czaplińskich. Aniela była osadniczką w Fedorowiczów, ale jej mąż Michał nie. Od dawna jego rodzina mieszkała w Czernichowcach, był powszechnie znany i szanowany. Życzliwi Ukraińcy ostrzegali nawet o grożącym mu niebezpieczeństwie i radzili, by uciekał z rodziną. Czapliński nie chciał jednak opuszczać swego domostwa, gdyż wiedział, że wtedy cały jego dobytek zostanie rozkradziony. Pozostał w Fedorowiczówce, ale podzielił tragiczny los większości Polaków osiadłych na Kresach. 10 lutego 1940 roku został wysiedlony i zesłany na Syberię. Tej pamiętnej niezwykle mroźnej nocy, do jego domu wtargnęli dwaj uzbrojeni Rosjanie i dwaj Ukraińcy. Najpierw pytali czyją własnością jest posiadany przez Czaplińskich majątek. Gdy dowiedzieli się, że jest zapisany na żonę Anielę, kazali zabierać najpotrzebniejsze rzeczy- pościel, odzież, żywność i szykować się do drogi. Na czekające przed domem sanie niewiele mogło się zmieścić. Dlatego Czaplińscy z 12-letnią córką Stasią musieli po opuszczeniu domu iść pieszo brnąć w śniegu przy bardzo tęgim mrozie. Tej nocy wysiedlono prawie wszystkich mieszkańców Fedorowiczówki. Pozostawiono tylko rodzinę córki brata Michała Czaplińskiego, wdowę z sześciorgiem dzieci, zapewne dlatego, że żyła w biedzie i nie było nic u niej do zabrania.

Osadników prowadzono do stacji kolejowej w Zbarażu. Podczas drogi, gdy nadarzyła się sprzyjająca okoliczność, Michał Czapliński kazał swojej córce uciekać do babci w Czernichowach. Udzielił jej niezbędnych wskazówek, nakazał zachowywać się spokojnie, nie płakać, bo tylko wtedy nie zostanie zatrzymana. Ucieczka się udała, Stasia dotarła szczęśliwie do babci i uniknęła straszliwego losu zesłańców syberyjskich. Natomiast rodzice załadowani do bydlęcych wagonów przez 2 doby wraz z innymi wysiedleńcami pod strażą uzbrojonych żołnierzy rosyjskich czekali na stacji w Zbarażu, aż zostaną dowiezieni osadnicy z całej pobliskiej okolicy.

Gdy transport ruszył w drogę, stłoczenie w wagonach ludzie nie mieli pojęcia, dokąd ich wiozą , dopiero, gdy w Tarnopolu pociąg skręcił na wschód, zorientowali się, że jadą na Syberię.

Zesłana została również rodzina Antoniego Naroga, brata Anieli Czaplińskiej oraz dwie rodziny pochodzące z Żołyni Górnej.

Stasia Czaplińska przez 2 lata mieszkała u swojej babci. Chodziła do rosyjskiej szkoły w Czernichowach, czasem słyszała z ust swoich kolegów pogróżki, że ona też zostanie wywieziona „na białe niedźwiedzie”.

Potem zabrała ją do siebie mieszkająca w Żołyni-Bikówce siostra jej matki Maria Sońska, która nie miała własnych dzieci.

Rodzice Stasi przeżyli syberyjską gehennę, ale podczas powrotnej drogi z zesłania, w Kazachstanie, gdzie panował inny klimat, Michał Czapliński zachorował na ostre zapalenie płuc i zmarł. Został pochowany gdzieś nad Morzem Czarnym.

Matka wraz z rodziną brata pojechała bezpośrednio na Ziemie Zachodnie. Osiedlili się w okolicy Wrocławia we wsi Szukalice, poczta Żurawina.

Po 6 latach ciężko chora wróciła do rodzinnej Żołyni, gdzie zmarła i została pochowana.

Pani Stasia odwiedziła miejsce swego urodzenia dwukrotnie- po raz pierwszy 30 lat temu wybrała się z córką Marią i po raz drugi w maju tego roku z kilkoma członkami swojej rodziny.

W Czernichowach mieszka jej krewniaczka Maria Repeta, córka Czaplińskiej, która jako jedyna w Fedorowiczówce nie została wywieziona na Sybir.

A jak wygląda dziś dawna polska kolonia?

W miejscu ówczesnych domostw rosną krzaki, tu i ówdzie można spotkać wystające z ziemi kamienie, z których kiedyś zbudowane były ściany budynków. Ale rodzinny dom pani Stanisławy, chociaż bardzo zaniedbany, ocalał, zapewne dlatego, że ktoś w nim kiedyś zamieszkał. Obecnie też ma swego właściciela, który mieszka w Tarnopolu lecz rzadko tu bywa, najczęściej w weekendy.

Widok rodzinnego domu sprawił, że w pani Stanisławie ożyły na nowo wspomnienia z dzieciństwa, a zrobione pamiątkowe zdjęcia przypominać będą jej dzieciom i wnukom o ich kresowych korzeniach.


                    Powrót do strony głównej

Strona utworzona: 2006-11-22  Aktualizacja strony: 2006-11-23